Konkurs- TRADUCTOR 2011

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
31 maja 2011

Dnia 08 kwietnia 2011 r . w I LO im. Stefana Żeromskiego odbyło się posiedzenie Jury Zespołu Tłumaczeniowego Traductor, w trakcie którego postanowiono przyznać nagrody i wyróżnienia w I Wojewódzkim Konkursie Literackim i Tłumaczeniowym Języka Francuskiego.

Wyniki konkursu w wersji pdf

Nagrody i wyróżnienia w czterech kategoriach. Nagrodzone teksty.

  1. Fragment powieści

    I nagroda - Tomasz Dudkowski

    Katarzyna

    Katarzyna (szesnaście lat) była przed Dolores u nas. Zmywa naczynia gdy nie zostaje już nic czystego. Kuchnia jest więc teatrem monstrualnych rusztowań i nagłych kataklizmów, śmiertelnych upadków porównywalnych w swojej intensywności do zjawisk geologicznych.
    - Katarzyno, trzeba umyć te naczynia.
    - Już to robię, Franciszko.
    Wychodzę. Godzinę później, wracam; melodyjne dźwięki wymykają się z kuchni. Otwieram drzwi. Otoczona przez naczynia jak skała przez fale, Katarzyna siedzi sobie na wysokim stołku; ma czerwone, wydęte policzki, jej włosy otaczają wdzięczną twarzyczkę muzycznego anioła, dmucha w swój flet.
    - Posłuchaj, Franciszko! Znalazłam całkiem sama melodię Moja mała jest jak woda. Urocze, nieprawdaż?
    - Zachwycające, moja Kasiu. Zamykam łagodnie drzwi.
    - To dowód, że ona jest szczęśliwa u nas, mówi Jakub. A cóż jest ładniejszego niż flet? Trzeba będzie załatwić jej lekcje solfeżu.
    (Françoise Mallet-Joris)

    Wyróżnienie - Patrycja Lis

    Hildegarde

    Mama wyjechała, Tata ja porwał, to jest to co on powtarzał co najmniej dziesięć razy, rozpromieniony, ale bez uśmiechu: porwałem moją żonę. Wsiedli do pociągu do Paryża siódmego sierpnia, w porze kolacji (wrócą 20 rano). Wujek Boy zawiózł ich do Bayonne w starym Voisin Grannie. (nie było dość miejsca na bagaże w Talbot, a tata nie lubi jak ktoś inny prowadzi jego Peugeot). Moi rodzice pozwolili mi towarzyszyć im na dworzec. Usiadłam na przeciwko mamy na podnoszonym siedzeniu, ona nosiła płaszcz trzy- czwarte z płótna z beżowego lnu, bluzkę z niebieskiego - jedwabiu i kapelusz ze słomki ryżowej, również niebieski. Wyglądała na wzruszoną, powiedziała mi Hildegardo. Liczę na ciebie, nie więcej niż trzy kąpiele w morzu na dzień i nie więcej niż jeden lód, bądź miła dla swoich młodszych sióstr, nie popychaj Gisele, niech Nadia zjada swoją owsiankę, a wieczorem zmówcie modlitwę razem u podnóża mojego łóżka. Odpowiedziałam, obiecuję, mamo.

  2. Poezja

    I nagroda-Marta Polewska

    La force de l’habitude, Jacques Charpentreau
    Brutalność codzienności

    Dziewczyna recytuje wiersz nie lubię wierszy
    ale myślę, że lubię dziewczynę i z dobroci serca
    Oklaskuje ją, z całych sił
    aż wszystko dookoła rozpada się? Gdy skończono usuwać gruzy dziewczyna wstała,
    trochę niepewnie,
    i odpychając sanitariuszy
    zwróciła się do mnie głosem pozbawionym barwy i słyszałem jej słowa
    że to bardzo pięknie się zachwycać miło i w ogóle
    ale w momencie gdy jej przerwałem miała jeszcze 788
    wersów do powiedzenia
    i z tą całą ceregielą powinienem przynajmniej poczekać aż skończy

    Wyróżnienie-Aleksandra Zugaj

    Oczy(Les yeaux)

    Błękitne lub czarne, wszystkie piękne i lubiane,
    Niezliczone pary oczu widziały świtanie; Teraz spoczywają uśpione w głębi grobów,
    A słońce, jak wstawało, ponownie wstanie.

    Noce, które od dni są łagodniejsze,
    Oczarowały pary oczu razy niezliczenie;
    Lecz gwiazdozbiory migotają zawsze,
    A oczy? One wypełniły się cieniem.

    Och! Czyżby utraciły swoje wejrzenie,
    Nie, nie, to przecież nie do pomyślenia
    One odwróciły się gdzieś,
    w kierunku Który nazywamy tym nie do dostrzeżenia;

    I tak, jak gwiazdy staczające się w przepaść
    Opuszczają nas, lecz w niebie mieszkają,
    Źrenice także mają swoje zachody,
    Ale to nieprawda, że umierają.

    Błękitne lub czarne, wszystkie piękne i lubiane,
    Otwarte na jakieś ogromne świtanie
    Po drugiej stronie grobowców - te oczy,
    Które się zamykają, wciąż są widzieć w stanie.

  3. Esej

    La force de l’habitude, Jacques Charpentreau I nagroda - Piotr Tokarski

    Książka

    Książka jest zbyt droga, narzekają niektórzy. Nie opierają się oni jednak chodzeniu do kina kilka razy w tygodniu, czy kolekcjonowaniu kaset i płyt CD. Pod pretekstem uznawania książki za dobro kulturowe, wyobrażają sobie bez wątpienia, że powinna ona być darmowa, a autor, drukarz, wydawca, księgarz powinni pracować charytatywnie. To jednak prawda, że teraźniejszy postęp nie sprzyja obniżce cen książek: średni nakład książki stale się pomniejsza- obecnie wynosi 13 000 egzemplarzy dla nowości, co nie pozwala odpowiednio rozłożyć części stałych kosztów. Jeśli chodzi o średnią żywotności książki, szacuje się ją dziś na dwa, trzy miesiące, podczas których książka trafia ze składu edytorskiego do księgarni i wraca do tegoż edytora jako niesprzedany egzemplarz.

    Wyróżnienie -Monika Fąfara

    Wasz język to katastrofa

    Kiedy próbuję porównać Wasz dorobek kulturowy z moim - oczywiście w tym samym wieku, porównanie nie miałoby inaczej żadnego sensu - mam wątpliwości. Drażni mnie nadzwyczajnie to, że na przykład nie jesteście zdolni napisać dwóch linijek po francusku bez popełniania błędu językowego czy ortograficznego. Najczęściej, obu na raz. Jest to denerwujące, ale nie uważam, że bardzo poważne. Jest dosyć korektorów w dtukarniach i słowników w biurach, by ominąć lub poprawić najgorsze z nich. Większość z Was zapewne nie podejmie się rzemiosła pisania i ja sam przyznaję, że język francuski mnoży pułapki, niczym dla zabawy. Chętnie przymrużyłbym oko na kilka błędnie uzgodnionych imiesłowów przeszłych, gdybyście chociaż potrafili mówić, nie umiejąc pisać. Niestety! Wasz język to katastrofa! Nie chodzi mi o mówienie w języku verlan (na wspak). Macie prawo bawić się sekretnym kodem, który ustawia słowa na odwrót. Dlaczego nie powiedzieć do kolegi daj kójspo zamiast daj spokój? My mieliśmy jawajski, wy macie verlan. Każde pokolenie ma prawo do wszczęcia własnego bełkotu. Ale kiedy my nie mówiliśmy po jawajsku, wyrażaliśmy się po francusku. Wy nie. Wasza mowa codzienna jest tylko szeregiem onomatopei, eliptycznych przekleństw, skróconych wyrazów. Najprawdopodobniej mówienie tak bardzo Was męczy, że aż zjadacie połowę słów, aby nie wkładać wysiłku w wyartykułowanie ich w całości.

  4. Opowiadanie po polsku

    I nagroda-Weronika Iljasow

    Nazywam się Weronika Iljasow. Od najmłodszych lat języki obce stanowią moją pasję. Zawsze chciałam poszczycić się ich znajomością. Moje spotkania z Francją i zarazem z językiem francuskim są wpisane w moje życie i pomogły mi rozwinąć w sobie to, co chciałam. w większym stopniu zaspokoiły moją ambicję, która nieustannie kieruje mnie dalej, ku nowym wyzwaniom i obowiązkom. Moja muzyczna pasja przybrała inny, pełniejszy wymiar w języku miłości. Uczucia dla których nie mogłam znaleźć słów, przelałam na papier prostą, niewyszukaną francuszczyzną. Czy to było przeznaczenie? Siła Boża? Czyjś ambitny plan wobec mojej osoby? Tego nie wiem. Jednak choćby był to może zamysł jakiejś siły tajemnej, nie będę z nim walczyć. Zanim w moim życiu pojawił się motyw Francji, byłam jak każdy szaraczek, którego spotykałam na co dzień. w mniejszym lub większym stopniu przypominałam stereotypowego ucznia, który sam nie wie, czego oczekuje od życia. Słowo Francja nie robiło na mnie większego wrażenia. Jako przedstawicielka narodu polskiego miałam w głowie wizerunek Francuzów jako żabojadów i sztywniaków. Gdy słuchałam mowy w języku francuskim, nawet nie próbowałam powtarzać- wydawało mi się to zbyt skomplikowane. Poza najpopularniejszymi utworami Edith Piaf nie znałam zbyt dobrze innej muzyki francuskiej. Ale i one nie pobudziły mojej ambicji, bo wmawiałam sobie, że, przecież ja nigdy nie będę śpiewać jak Edith Piaf! (Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będzie inaczej, zostałby wyśmiany).
    Mimo takiego myślenia zdarzały mi się mimowolne kontakty z kulturą Francji. Jako że miałam poczucie humoru, wybuchałam śmiechem w trakcie filmów z Louis de Funės. Wzdychałam słuchając niskiego i odrobinę zachrypniętego głosu Garou, a także Cėline Dion czy InGrid. Podobała mi się moda lansowana przez francuskich projektantów. Jednak z kuchnią francuską wolałam mieć niewiele do czynienia. (To chyba, niestety, pozostało do dziś).
    W miarę dorastania coraz bardziej czułam potrzebę poszerzania horyzontów. Jak na ten wiek przystało, byłam ciekawa świata i dociekliwa. w czasie poznawania tajników języka angielskiego i niemieckiego odkryłam w sobie talent do nauki języków obcych. Wtedy to za cel postawiłam sobie to, że opanuję tyle języków, ile się da. Po drodze zauważono moją muzykalność. Co prawda szanse na rozwój głosu w mojej miejscowości są niewielkie, a i warunki ekonomiczne mojej rodziny nie pozwalały na tego typu inwestycję. Jednak tworzenie poezji, wymagające niewielkiego wkładu finansowego, było moją sztuką. Od wczesnych lat dziecinnych zapisywałam na luźnych kartkach pierwsze rymy, wierszyki, potem układałam do nich melodie. Stało się to moim sposobem na pozbycie się złych emocji oraz uzewnętrznienie tych dobrych. Również nauka dawała mi pole do popisu, gdyż zawsze w jej kwestii plasowałam się gdzieś na czele rankingu, (co nie zawsze miało pozytywne skutki, ale dawało radość i dumę).
    Wszystko byłoby dobrze, a ja byłabym 'szczęśliwa i spełniona, gdyby nie skomplikowane życie rodzinne. Rozłam, który nastąpił w gronie moich bliskich, wpłynął na mnie w znacznym stopniu. Bo jak czuje się dziecko, które straciło możliwość wyjazdu na wieś, obcowania z przyrodą i i małymi zwierzątkami? Nie sposób tu pominąć również problemów finansowych, które nękały moją najpierw 3- potem 2- osobową rodzinę. Traktuję tę sytuację jako kolejne wyzwanie, które muszę pokonać. Do dziś to poczucie towarzyszy moim dążeniom i planom.
    Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy moja nauka w gimnazjum dobiegała końca. Należało zacząć myśleć, co dalej. Trzeba było wybrać szkołę średnią, klasę i przedmioty rozszerzone. w mojej miejscowości są dwie szkoły ponadgimnazjalne, ale żadna nie daje dostatecznych możliwości nauki języków obcych. Najbliższe szkoły, które mogły mi ją zapewnić, znajdowały się 30 km od domu. Kwestia ta nie dawała mi spokoju. Coraz częściej zaczynałam myśleć, że nie czeka mnie dobra przyszłość. Na dodatek jeszcze złamałam rękę, co dopełniło czarę goryczy. Do dzisiaj moja lewa ręka nie jest w pełni sprawna i wymaga rehabilitacji. Klasa III gimnazjum była dla mnie okresem wytężonej pracy (która nie pozostała nie nagrodzona, ale to była kwestia czasu. Nie lubiłam czekać). Byłam zapracowana, co wiązało się ze zmęczeniem. To było preludium do mojego pierwszego spotkania z Francją
    „Dalida”? Pomyślałam -Coś mi mówi ten pseudonim...
    Tak mijały wolne dni stycznia w trzaskającym mrozie zimy- znienawidzonej przeze mnie pory roku. Gdy moja mama pracowała od 700 do 1500, ja zostawałam z moim pieskiem w domu. Jedną ręką coś sprzątałam, jednym okiem zerkając na ekran telewizora. i tak 10 stycznia 2009 roku coś przykuło mnie do kanapy i pilota- na TVP1 podano komunikat:
    po reklamie pokażemy film biograficzny Dalida, portret życia francuskiej piosenkarki ... Próbowałam odszukać w umyśle jakieś wskazówki, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Usiadłam więc, cierpliwie znosząc reklamę innowacyjnego proszku do prania, po czym rozpoczął się film. Pierwszą z dwóch części obejrzałam z zaciekawieniem, nie mogąc oderwać oczu od ekranu. Piosenki takie jak Gigi I'amoroso czy Paroles, paroles rozjaśniły mi nieco rys artystyczny Yolandy Cristiny Gigliotti. Głęboko identyfikowałam się z wrażliwą, młodą kobietą, która szybko podbija szturmem Francję. w innym świetle ukazał mi się również język francuski, który w wykonaniu aktorów brzmiał bardziej jak włoski. Pomyślałam od razu Ona wcale nie ma francuskiego akcentu, a ludzie ją kochają. Zrozumiałam wtedy, że nie trzeba być geniuszem, by coś osiągnąć w życiu.
    Tydzień później od rana czekałam cierpliwie na kanapie na drugą część mini serialu. Zaintrygowało mnie nierozstrzygnięte zakończenie pierwszego odcinka. Poza tym, musiałam wiedzieć, jak urodzona na przedmieściach Kairu drobna Włoszka poradziła sobie z życiem i działalnością we Francji.
    Obejrzałam drugi odcinek jednym tchem. Zaskoczył mnie tylko obrót wydarzeń zakończony samobójczą śmiercią Dalidy. Wyszeptałam: Ona nie żyje? To ... niemożliwe. Gdy tylko przebrzmiał ostatni utwór i napisy końcowe zniknęły, machinalnie wyłączyłam telewizor i od razu włączyłam komputer. w Internecie odnalazłam informacje na temat głównej bohaterki, jej zdjęcia, piosenki (na czele z Je suis malade) oraz fankluby. Po przeczytaniu tłumaczenia na język polski piosenki Je suis malade, uznałam ją za hymn wszystkich zbolałych serc, a wyrażenie w tytule stało się kluczem do mojej nauki języka francuskiego.
    Swoje oczarowanie tym utworem wyraziłam na lekcji muzyki w szkole, kiedy musiałam zaliczyć dowolną piosenkę na ocenę celującą. Mój wybór był więcej niż pewny. Klasa nie była zdziwiona, że piosenka jest po francusku. Już słyszeli moje wykonania piosenek polskich, angielskich, niemieckich i rosyjskich. Gdy przebrzmiał wstęp, podniosłam oczy i zaintonowałam zwrotkę. Podczas mojego śpiewu wszyscy patrzyli na mnie wytrzeszczonymi oczyma. Miałam wrażenie, że stoi przede mną ona- Dalida we własnej osobie. Jednak zniknęła tak, jak ostatnia nuta utworu, po której ręka pod gipsem zaczęła mnie niesamowicie boleć. Pani od muzyki, nic nie mówiąc, lecz kiwając z aprobatą głową, wpisała staranne 6 do dziennika w rubryce dodatkowe. Cała klasa zatrzęsła się od oklasków, a ową burzę przerwał dopiero dzwonek na przerwę. Do końca dnia nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Pod wpływem tego wydarzenia napisałam w liceum utwór La fille chante. Rozważałam, czy to zetknięcie z piosenką francuską miało jakiś głębszy sens Pomyślałam, że warto wykorzystać ten epizod. Zdecydowałam, że podejmę wyzwanie nauki języka francuskiego (a był to wtedy mój trzeci język po angielskim i niemieckim). Kupiłam sobie kieszonkowy samouczek, który codziennie skrupulatnie studiowałam. Postanowiłam iść również w ślady koleżanki, która zdecydowała, że złoży podanie o przyjęcie do LO nr i im. St. Staszica w Ostrowcu Sw. Doszłam do wniosku, że nie mam nic do stracenia.
    Wracając do rozwoju wydarzeń w tamtym czasie byłam częstym gościem Internetu. Miałam już konta na portalach społecznościowych, np. www.nasza-klasa.pl. Tam znalazłam fanklub mojej nowej idol ki. Dodałam komentarz, w który zawarłam wszystkie moje uczucia związane z jej osobą. Administratorką konta okazała się być Ola- rok młodsza ode mnie dziewczynka, mieszkająca w Kotlinie Kłodzkiej pół-Francuzka. Dała się poznać jako świetna przewodniczk3 po świecie piosenki francuskiej. Dzięki niej poznałam wielu innych artystów francuskich epoki Dalidy jak Mireille Mathieu, Joe Dassin, Johny Hallyday itp. Pomogła mi również uporać się z wątpliwościami i dotyczącymi wyboru drogi, a także dała mi do zrozumienia, że muszę być dumna z najmniejszych osiągnięć. Tak oto z fanki industrialnego metalu stałam się piewczynią chwały francuskich varietes (mimo, że sentyment pozostał).
    Z Olą kontaktuję się po dziś dzień. Ona wie o mnie wszystko, ja o niej chyba też. Przyjaźnimy się mimo tego, że nawet się nie spotkałyśmy. Niedługo jednak planujemy to zrobić. Rozpoczął się rok szkolny. Pełna obaw i kompleksów weszłam w nowy, nieznany mi dotąd świat pełen nowych możliwości i dobrych ludzi. Pomogli mi oni nawet wtedy, kiedy mojej mamie bezradnie opadały ręce. Moja klasa okazała się być (przynajmniej na początku) zgraną i przyjemną grupą, która szybko wprowadziła mnie w swój świat. Moja głowa była nadal owładnięta obawami. Bo cóż może myśleć młoda, nieopierzona lingwistka, która wyszła spod hermetycznego klosza zamkniętej społeczności Ożarowa? Strach, nieufność i nadmierna ostrożność. Zupełnie niepotrzebnie. Już w pierwszym tygodniu nauki w szkole Madame (pani profesor ucząca nas języka francuskiego) zauważyła mój talent wokalny. Niezwłocznie skierowała mnie do nauczyciela muzyki, który do dziś trenuje mój głos. Od razu zaczęłam śpiewać w szkole francuskie piosenki, a stały się one na stałe częścią mojego repertuaru. Tak oto zagłębiam się coraz bardziej w kulturę Francji. Nie obyło się bez mniej przyjemnych incydentów. Na pierwszej lekcji W-Fu podczas biegów na wale rzeki Kamiennej ... skręciłam nogę. Kosztowało mnie to miesiąc udręki o kuli i utrudnieniem w dojazdach do szkoły. Ale nie poddałam się w obliczu możliwości, które stanęły przede mną otworem. Ten pierwszy tydzień był dla mnie trudny. Nowi ludzie, miejsca, zmiana stylu życia i diety pociągnęły za sobą przekształcenie mojego sposobu myślenia. w miarę, jak Madame uchylała mi rąbka tajemnicy na temat Francji, zanurzałam się w tę inność, stając się jej integralną częścią.. W miarę upływu czasu i wykonanych ćwiczeń rozwijał się mój głos, moja wiedza poszerzała się, a pomysły na samorozwój rosły jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Niedługo potem odkryliśmy, że w moim wykonaniu całkiem nieźle brzmią utwory Edith Piaf. To odkrycie zaważyło na mej dalszej karierze. Wtedy spadło na mnie kolejne brzemię. Gdy moja mama straciła pracę, moja dalsza nauka w Ostrowcu stanęła pod znakiem zapytania. Pojawił się niepotrzebny wtedy lęk i niepokój o sens mojego wysiłku. Znaleźli się jednak na mojej drodze dobrzy ludzie, którzy postawili mnie do pionu, wsparli mnie duchowo i materialnie. Zastanawiam się do dziś co by było, gdybym nie przyszła do tej szkoły. Przeszłość nauczyła mnie jednak, że życie jest rzeką, a nowa woda niedługo przypłynie. w tym czasie dalej pracowałam, mając przed oczyma sukces. w czerwcu 2010 roku zakwalifikowałam się do finału Ogólnopolskiego Konkursu Piosenki Francuskiej w Radziejowie oraz Międzynarodowego Festiwalu Grand Prix Edith Piat w Krakowie. Mimo, że nie zajęłam tam punktowanych miejsc, nie zniechęciłam się i zamierzam próbować szczęścia w tym roku. Cały czas pozostałam wierna swojej pasji poetyckiej. Aktualnie posiadam zbiór utworów w językach: polskim, francuskim, niemieckim, angielskim oraz hiszpańskim (kolejność liczebna). Wiersze w języku francuskim mają szczególną wartość emocjonalną, ponieważ ten język ma piękne określenia dla uczuć, nawet tych złych. Jak pięknie brzmi la solitude, co po polsku zwane jest samotnością, opuszczeniem. Madame pomogła mi nieco w tej kwestii rozwinąć skrzydła. Wysłała moje wiersze swoim znajomym we Francji. Wszyscy byliśmy mile zaskoczeni, gdy otrzymałam w prezencie zbiór wierszy pani Odette Frontier Prėlude ȧ I'oraison, do tego bardzo miłe recenzje trojga artystów francuskich, z którymi mam kontakt do dziś. Stało się tak dzięki byłemu uczniowi naszej szkoły, mieszkającemu obecnie we Francji, oraz Madame. Bardzo chciałabym podziękować mu kiedyś osobiście.
    Poza Francuzami, swoją opinię wyraził również Polak, od końca I wojny światowej mieszkający we Francji, poeta pan Stanisław Gaczoł. w trakcie jego spotkania autorskiego w naszej szkole recytował on własne utwory, m.in.: La guerre. Zostałam poproszona o przeczytanie na głos tego utworu w wersji polskojęzycznej. To było czołowe zderzenie dwóch kultur: polskiej i francuskiej.
    Pan Gaczoł uświadomił mi, że można być patriotą pisząc po francusku. Rozwiało to moje wątpliwości co do zachowania polskości w obliczu napływu kultury zachodniej.
    Po Świętach Wielkanocnych 2010 roku, do naszej szkoły zawitała grupa trzynastoletnich Francuzek z opiekunami. Ponieważ zostaliśmy uprzedzeni o tym dosyć późno, trudno było znaleźć dla nich wszystkich zakwaterowanie. Zadecydowaliśmy, że jedna dziewczynka będzie pod opieką moją i koleżanki, a zamieszka u Madame. Decyzja ta sprawiła, że po plecach przeszedł mi lodowaty dreszcz. Miał to być mój pierwszy kontakt z żywym językiem mówionym. Zatem przygotowując się do tego spotkania, wyuczyłam się słownictwa, jakie mogłoby mi się przydać (basen, boisko, kręgle itd.). Byłam tak podekscytowana, że przed ich przyjazdem nie spałam całą noc. w pewnym momencie rano Madame zadzwoniła, przepraszając, że mnie obudziła, że ... nasza dziewczynka nie dotarła. Na lotnisku miała problem z dokumentami i nie mogła przylecieć. Pocieszyłam się tym, że był w mojej klasie chłopak, który jeszcze nie mówił po francusku, a zajmował się jedną z dziewczynek. Odetchnął z ulgą, gdy zgodziłam się mu pomóc. Sama w dalszym ciągu bałam się tak, jakbym miała zdawać już część ustną matury rozszerzonej z języka francuskiego. Pierwszy kontakt z młodą Francuzką okazał się niełatwy. Była ona bardzo nieśmiała i mówiła cicho. Do tego posługiwała się mową potoczną, ja zaś starałam się mówić językiem literackim. Najważniejsze, że jakoś się w końcu porozumiałyśmy. Jednak gdy pani od języka polskiego poprosiła mnie, żeby tłumaczyć gościowi to, o czym mówimy na lekcji, poczułam znajomy dreszczyk. Dobrnęłam jednak szczęśliwie do końca lekcji. To była dla mnie próba składania spójnych, gramatycznych zdań oraz sprawdzian znajomości słownictwa wystarczającego do analizy Trenów Jana Kochanowskiego.
    W czasie tej samej wizyty Madame zaproponowała konsultacje dotyczące wymowy przygotowanych tekstów piosenek. Gdy Madame wyszła z sali zostawiając mnie z panem Pascalem sam na sam, poczułam serce rozsadzające mi klatkę piersiową. Gość jednak zdał sobie sprawę (albo został uprzedzony), że marny ze mnie póki co romanista. Mówił więc do mnie powoli, wyraźnie i, co najważniejsze ... nie zadawał trudnych pytań. Mimo całego stresu w jaki wprawiła mnie ta wizyta, cieszę się z tej próby generalnej.
    Inny epizod już nie dotyczył szkoły. z polecenia Maestro (pana od śpiewu) mieliśmy zaśpiewać dla opiekunów wymiany z innej szkoły. Pochodzili z różnych krajów Europy, ale wszyscy mówili po francusku. Tego dnia, gdy przygotowywałam sukienkę na występ, zadzwonił Maestro. Oznajmił, że Państwo już o mnie wiedzą i poprosił o wygłoszenie kilku słów. Ręce mi opadły. Do występu zaledwie 5 godzin, a ja nawet nie mam pomysłu, co powiedzieć. Złapałam jakąś luźną kartkę, skleciłam kilka zdań i chwyciłam za telefon. Musiałam skonsultować Się oczywiście z Madame. Potem chodziłam po mieszkaniu babci i wkuwałam na pamięć moje expose. Na miejscu stanęłam cicho w kącie powtarzając wszystko po raz setny bez zająknięcia, gdy za kulisy przyszła druga śpiewająca dziewczynka ze... swoją francuską korespondentką. Zbladłam. Paulinka uśmiechnęła się i rzuciła: Popisz się złotko swoim francuskim, niech się dziewczyna poczuje jak w domu. Stanęłam jak wryta, ale znalazłam w sobie kilka słów, którymi się przywitałam. Nawiązałam krótki dialog, po którym polscy gospodarze zabrali młodą Francuzkę na kręgle, a my musieliśmy już wychodzić na scenę. Gorączkowo powtarzałam przemówienie jak tabliczkę mnożenia i wyszłam. Publiczność okazała się fantastyczna- śpiewała razem ze mną i dobrze się bawiła. Nawet w gazecie pojawiła się wzmianka na ten temat. Pozbyłam się wszelkich obaw...
    Wyzwaniem stała się Olimpiada Języka Francuskiego, mianowicie jej etap ustny. w szkole jeszcze nie porozumiewałam się na tyle po francusku, żeby móc się swobodnie komunikować. Otrzymałam jednak informację o tym, że dostałam się do etapu okręgowego. Towarzyszyły mi skrajne uczucia: nie tylko radość i duma, ale również obawa i strach .. Na etapie ustnym należało się bowiem wykazać również umiejętnością swobodnej komunikacji. Test pisemny nie sprawił mi większych problemów. Wyszłam nawet przed przewidzianym końcem. Jednak przed częścią ustną wpadłam w panikę. Dobrze, że była przy mnie mama, gdyż inaczej nie wiadomo, czy nie uciekłabym sprzed sali. Rzeczywiście, nie popisałam się wiedzą (Mój Bożel Wróżby andrzejkowe po Na tym jednak nie koniec tej historii. Życie dopisuje kolejne akapity tego opowiadania. Aktualnie dalej rozwijam się wokalnie. Śpiewam Je suis malade, lecz w wersji trudniejszej. Mój repertuar stale się poszerza, a w planach mamy koncert piosenki francuskiej w Ostrowcu. Kiedy jest mi smutno, sięgam po piosenkę francuską. Łagodne dźwięki i piękne słowa koją zbolałe serce i zmęczony umysł oraz dają energię do działania Nadal utrzymuję korespondencję z poetami, Olą a także Elo'lse- dziewczynką, która do nas nie dotarła. Staram się jak najczęściej mówić po francusku, by pokonać wszelkie bariery. Wszystkie te fakty stanowią przejaw istnienia małej Francji w moim życiu. Jednak świat realny rządzi się innymi prawami niż moje serce. Moje rozterki, pogłębiane przez podświadomość, świadczą o tym, że mam nowy obowiązek, mianowicie zobaczyć Paryż i umrzeć. Do tej pory Francja sama pojawiała się w moim życiu, można powiedzieć, nieproszona. Nic nie wskazywało na to, ze zasłynę w mojej szkole jako nowa Edith Piaf (choć mi do niej daleko), a Padam, padam będzie moim popisowym numerem na koncertach. Następny krok w tym tańcu należy do mnie. Choćbym miała dokonać niemożliwego, kiedyś znajdę się pod opiewanym niebem Paryża.
    francusku ... ), ale wydusiłam z siebie kilka słów. To był mój pierwszy egzamin ustny z języka obcego. Cieszę się jednak mimo stresu, bo już wiem, czego spodziewać się w przyszłym roku. W tym momencie do pełnego spotkania z Francją brakuje mi tylko wyjazdu do tego kraju. Bardzo chciałabym go zobaczyć, a w szczególności zwiedzić Paryż, który jest artystyczną stolicą Europy. To jego piękno opiewa walc Edith Piaf Sous le ciel de Paris.

    Wyróżnienie - Weronika Sawa

    Moje spotkanie z Francją

    Odkąd pamiętam Francja wydawała mi się pięknym krajem. Już jako kilkuletnie dziecko zawsze pragnęłam zwiedzić Paryż i nauczyć się języka francuskiego. Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego. Ani moi rodzice, ani mój brat nigdy nie mieli zbytniej styczności z tą nadsekwańską krainą. Owszem mama była kiedyś w Marsylii, jednak nie przypuszczam, by ten fakt wpłynął w jakiś szczególny sposób na moje upodobania. Francja jest po prostu moją duchową ojczyzną, którą staram się stale na nowo odkrywać. Nawet teraz, gdy to piszę, słucham przepięknych piosenek Frėdėrica François, który, mimo iż jest Włochem, potrafi w niezwykły sposób śpiewać po francusku.
    Zanim przejdę do chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałam dawną Galię na własne oczy, muszę opowiedzieć o niepozornym wydarzeniu, które sprawiło, że jeszcze bardziej pokochałam Francję. Z pewnością wielu ludzi nie zachowuje na długo w pamięci obejrzanych filmów i spektakli. Dla mnie natomiast każde tego typu zdarzenie jest wyjątkowe i warte, czasem nawet kilkutygodniowego rozmyślania. Dlatego też dziś doskonale potrafię sobie odtworzyć moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam (niestety tylko w postaci nagrania) musical Notre-Dame de Paris. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej aż tak się wzruszyła. Nie płakałam, co prawda, jednak to wtedy poczułam niewyobrażalną tęsknotę za Francją. Być może przyczyniły się do tego robiące wrażenie efekty dźwiękowe, przenikająca duszę muzyka akompaniująca pięknym słowom, które tamtego dnia rozumiałam tylko dzięki napisom (francuskiego zaczęłam się uczyć dopiero kilka miesięcy wcześniej), oraz pełna dramatyzmu historia zaczerpnięta z powieści Wiktora Hugo. Myślę, że mogę stwierdzić, iż ten grudniowy wieczór był moim pierwszym spotkaniem z Francją. Potem, dzięki nowo odkrytej pasji do musicali, zaczęłam ją odwiedzać coraz częściej. Dowiedziałam się bowiem, że Notre-Dame de Paris to nie jedyne dzieło tego typu. Najchętniej w szczegółach opisałabym, jak cudowne są Romėo et Juliette entre lAmour et la Haine, Le Roi Soleii albo, obecnie bardzo popularna Mozart l'Opera Rock. Obawiam się jednakże, iż wtedy wykroczyłabym poza zakres tematu, dlatego postaram się skupić na żywej Francji, czyli takiej, jaką widziałam i poczułam na własnej skórze. Wrażenia metafizyczne muszę odłożyć póki co na bok.
    Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z Francją miało miejsce bodajże 22 czerwca 2009 roku, około godziny dwunastej, kiedy to przekroczyłam znajdującą się w Alpach granicę z Włochami. Nie mogłam wprost uwierzyć, że wszystko to działo się w rzeczywistości. Byłam niewiarygodnie szczęśliwa. Nareszcie ujrzałam miejsce, które znałam tylko z telewizji i kolorowych przewodników. Każdy kolejny kilometr stawał się w moim odczuciu coraz piękniejszy i coraz bardziej francuski, lecz szczęście osiągnęło apogeum, gdy (razem z całą grupą) dojechałam do La Salette, oblicza Francji urzekającego prostotą i nieziemskim spokojem. To zupełne przeciwieństwo gwarnego Paryża, który miałam okazję zobaczyć jeszcze w te same wakacje, w czasie obozu językowego. Każdy zakątek stolicy światowej mody jest inny i na swój sposób warty zobaczenia, aczkolwiek mnie najbardziej urzekła Dzielnica Łacińska. Mam słabość do zabytków i miejsc związanych z historią, a Quartier Latin, główny średniowieczny ośrodek studencki, jest tego doskonałym przykładem. Gdy tylko o niej myślę, wydaje mi się, że spoglądam na widoczne z bulwaru Świętego Michała iglice katedry Notre-Dame i wręcz czuję zapach pożółkłych książek sprzedawanych przez bukinistów, które są moim zdaniem najwspanialszą pamiątką, jaką można przywieźć z Francji. Jako wielka frankofilka i galomanka kolekcjonuję wszystko, co choć trochę jest związane z ojczyzną Moliera. Brzmi to pewnie trochę nienormalnie, lecz zapewniam, że to wyłącznie skutek mojej niecodziennej pasji. W moim stale powiększającym się zbiorze znajdują się wszelkiego rodzaju ulotki zabrane z hoteli i restauracji, zachowane przy okazji zakupów paragony, bilety wejść do muzeów i teatru, gazeta La Provence kupiona na stacji benzynowej w drodze z La Salette do Lourdes, pocztówki, znaleziony w Ogrodzie Luksemburskim jeden eurocent z twarzą Marianny na rewersie, korek od szampana i wiele, wiele innych drogich memu sercu skarbów. Pierwsza podróż do Paryża miała dla mnie charakter typowo turystyczny i dość powierzchowny. Skupiłam się zwłaszcza na zwiedzaniu, potraktowałam Francję jako spełnione marzenie, dar od losu. Mieszkałam w hotelu na obrzeżach i nie mogłam przyjrzeć się życiu codziennemu żabojadów. Stosowana do tego okazja nadarzyła się ponad rok później, choć gdybym chciała być bardzo skrupulatna, mogę stwierdzić, że nawet nieco wcześniej. W kwietniu ubiegłego roku to Francja przyjechała do mnie!
    Brzmi dziwnie, aczkolwiek użyta tu przenośnia ma za zadanie określić innymi słowami wymianę, która miała miejsce między moją szkołą a pewnym liceum w Szampanii. W ramach tego projektu, dokładnie w Wielki Piątek, przyjechała do mnie Alizee. Nie chodzi tu oczywiście o popularną piosenkarkę, ale o jej imienniczkę polskiego pochodzenia. Mimo to, moja korespondentka po polsku umiała zaledwie kilka słów, co dla mnie oznaczało wielkie wyzwanie. Trudno pokonać barierę językową. Zwyczajna rozmowa z Francuzem to nie to samo, co zakupy w paryskim butiku, gdzie można wydukać dwa zdania i w końcu otrzymać żądany artykuł. Musiało minąć kilka dni, abym oswoiła się z nową sytuacją. Nie wiedziałam jak i o czym rozmawiać, jednak z czasem nasze konwersacje stały się coraz bardziej płynne, a ja przestałam bać się języka francuskiego, który przecież tak kocham!
    Do tej pory myślałam, że wszyscy Francuzi powinni lubić Camembert, oglądać musicale i wiedzieć, kim jest na przykład Garou. Jakże się myliłam! Alizee, nie dość, że nienawidziła francuskich serów, to w dodatku nigdy nie słyszała o popularnych w Polsce frankofońskich piosenkarzach. Tak jak i ja interesowała się zagraniczną muzyką, tyle tylko, że ona - japońską. Po wyjeździe Alizėe utrzymywałyśmy kontakt mailowy. Ponownie zobaczyłyśmy się w październiku 2010 roku. Do tego czasu moją jedyną stycznością z Francją było przeglądanie francuskich czasopism, książek i filmów.
    Zanim dotarliśmy do Troyes, razem ze wszystkimi uczestnikami wymiany, spędziliśmy dwa dni w Paryżu. Ten pobyt, to spotkanie z Francją, był dla mnie sentymentalnym powrotem. Znów znalazłam się sous le ciel de Paris, jak mówią słowa piosenki, znów zobaczyłam w Luwrze słynną Mona Lisę i kupiłam cały stos książek w Dzielnicy Łacińskiej. Tym jednak razem poznałam Francję od kuchni. Zrozumiałam, że jak żadne państwo nie jest ideałem, a ponieważ wymiana przypadła na okres strajków (czego skutkiem były na przykład nie sprzątane śmieci) było to szczególnie dostrzegalne. Mimo to bałagan wcale mi nie przeszkadzał i nawet ponure metro kojarzyło mi się z Amelią. Kiedy zaś spacerowałam po paryskich ulicach, nie wiedzieć czemu, przed oczami stawały mi sceny z Nędzników i chwilami zdawało mi się, że za moment ujrzę gdzieś zakochanych Mariusza i Kozetę.
    Zgodzić się ze stwierdzeniem, że we Francji spożywanie posiłku jest niemalże rytuałem. Wszystko musi być przygotowane na czas, a przebywanie przy jednym stole wiąże się z niesamowitą kulturą. Nie wolno, na przykład, rozpocząć jedzenia zanim wszyscy biesiadnicy nie otrzymają swoich porcji.
    Zawsze myślałam, że we Francji króluje elegancja (jak wynika ze słynnego powiedzenia). I tutaj spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Kiedy tak przyjrzałam się z bliższa mieszkańcom Francji, także tym z szykownego Paryża, zauważyłam, że mało kto przejmuje się modą i stylem. Większość osób preferuje wygodę i ubiera się całkiem zwyczajnie, a na rodzinnych przyjęciach wcale nie używa się najdroższych zastaw i serwisów. Wiem to, ponieważ przez przypadek znalazłam się na urodzinach babci Alizėe. Spodziewałam się, że na stole zobaczę rozpływające się w ustach frykasy, jednak ku mojemu wielkiemu zdziwieniu menu składało się z zimnych przystawek znajdujących się na małym stoliku bufetowym. Stół, przy którym siedzieli goście, był natomiast prawie zupełnie pusty - jedyną dekorację tanowiły ... plastikowe naczynia (nawet kieliszki do szampana nie były szklane!). Tę ucztę z całą pewnością mogę określić mianem spotkania z Francją! Dzięki niej rozwiały się wszelkie moje wątpliwości i mimo kilku zaskakujących faktów, Republika Francuska stała mi się jeszcze bliższa! Na własne oczy zobaczyłam, że Francuzi są bardzo ciepłymi i rodzinnymi ludźmi oraz, że ... prawie nigdy nie jadają ślimaków i żabich udek.
    Pobyt w rodzinie Alizėe dostarczył mi wielu wrażeń. Zaskoczyły mnie niektóre zwyczaje żywieniowe i sposób organizacji zajęć lekcyjnych we francuskim liceum. Zacznę od pierwszego zagadnienia. Bardzo spodobał mi się zwyczaj przerwy w pracy i szkole, dzięki której cała rodzina może spotkać się na wspólnym obiedzie. Co więcej, teraz już śmiało mogę Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać, bowiem o słodkiej Francji, jak określali swoją ojczyznę bohaterowie Pieśni o Roladzie, zawsze można opowiedzieć coś ciekawego. To wyjątkowy kraj, ciekawa kultura, moc zabytków, wspaniała muzyka i niezapomniane wspomnienia. Kto raz ujrzał Francję, z pewnością będzie chciał kiedyś do niej powrócić!

Galeria

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 1

    Traductor 2011 - zdjęcie 1

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 2

    Traductor 2011 - zdjęcie 2

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 3

    Traductor 2011 - zdjęcie 3

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 4

    Traductor 2011 - zdjęcie 4

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 5

    Traductor 2011 - zdjęcie 5

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 6

    Traductor 2011 - zdjęcie 6

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 7

    Traductor 2011 - zdjęcie 7

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 8

    Traductor 2011 - zdjęcie 8

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 9

    Traductor 2011 - zdjęcie 9

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 10

    Traductor 2011 - zdjęcie 10

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 11

    Traductor 2011 - zdjęcie 11

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 12

    Traductor 2011 - zdjęcie 12

  • Powiększ zdjęcie Traductor 2011 - zdjęcie 13

    Traductor 2011 - zdjęcie 13