Apokalipsa już była – recenzencka impresja

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
30 maja 2012

Mój niepokój ma przy sobie broń Mateusza Pakuły, reż. Julia Mark, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach.


Ground control to major Guliwer! Ground control to major Guliwer! I nadeszła apokalipsa - bardzo głośna, bardzo toksyczna, bardzo ,,fajna”. A może trwa nadal i wyżera nasze mózgi? Zakleja oczy tęczową taśmą, co to się nigdy nie rozklei. Miziamy się, ocieramy o plusze różowe i coraz szybciej, coraz szybciej słodkie landrynki obśliniamy. Love me sweet. Dusisz się? Duszę. Klik, błysk, trzask. Stwarzamy, kreujemy kreatywnie, czyli wcale, nowe światy! Pstryk, fota, kopiuj, wklej. Like it! Like it! Muzyka! Światło! Kurtyna! A, kurtyny nie ma. A może nie ma apokalipsy? Pakuła to wszystko opisuje. Bójcie się. Chodzę z uśmiechem na twarzy, kieszenie mam pełne granatów.

Ground control to major Guliwer! Ground control to major Guliwer! I nadeszła apokalipsa - bardzo głośna, bardzo toksyczna, bardzo ,,fajna”. A może trwa nadal i wyżera nasze mózgi? Zakleja oczy tęczową taśmą, co to się nigdy nie rozklei. Miziamy się, ocieramy o plusze różowe i coraz szybciej, coraz szybciej słodkie landrynki obśliniamy. Love me sweet. Dusisz się? Duszę. Klik, błysk, trzask. Stwarzamy, kreujemy kreatywnie, czyli wcale, nowe światy! Pstryk, fota, kopiuj, wklej. Like it! Like it! Muzyka! Światło! Kurtyna! A, kurtyny nie ma. A może nie ma apokalipsy? Pakuła to wszystko opisuje. Bójcie się. Chodzę z uśmiechem na twarzy, kieszenie mam pełne granatów.

W spektaklu Mateusza Pakuły i Julii Mark ,,Mój niepokój ma przy sobie broń” mieści się cały nasz ,,super-hiper” wypasiony XXI w. Na początku był chaos, więc teraz, gdy tyle mamy nie wiadomo czego, musi nastąpić apokalipsa. I nikt by się tu niczemu za bardzo nie dziwił, gdyby nie ten niepokój… co narasta dniem i nocą. Sztuka to tylko sztuka, ale on nie pozostaje za progiem teatru.
Trudno przestać mówić głosem twórców przedstawienia. Ich głos to głos pokolenia. Widza należy ,,uderzyć z pięści”, potrząsnąć nim, zdeptać i dopiero wówczas zmusić do refleksji. ,,Mój niepokój (…)” opiera się właśnie na nieustannie podtrzymywanych różnorodnych emocjach, gwałtownym, bezmyślnym, ale jakże współczesnym odbiorze. Spektakl ani na chwilę nie traci tempa, aktorzy wręcz ,,bombardują” tekstem. Przedstawienie sprawia wrażenie telewizyjnego show. Efektowność dostarcza rozrywki (!). Jesteśmy pochłonięci dziejącymi się wydarzeniami, chociaż tak naprawdę nie potrafimy ich wyjaśnić ani opowiedzieć.
Scena przypomina ekran komputera. Na tylnej ścianie znajduje się niewielka wnęka – przestrzeń (iluzja głębi), w której przebywają muzycy. Nie rzucają się w oczy, płynnie ,,niosą” kolejne sceniczne obrazy. Kiedy widzowie wchodzą do sali, już tam są. Perkusista wystukuje delikatny rytm, DJ podkręca coś przy swoich urządzeniach. Na scenę wpada Guliwer – zwyczajny chłopak. Główny bohater rapuje i czuje się panem sceny, ale nie należy ona do niego zbyt długo. W końcu jest ,,postacią drogi”.
Każda z krain, którą odwiedza Guliwer, stanowi losowo wybrany obraz współczesnego świata. Tak naprawdę można by go zastąpić innym, równie efektownym. Pakuła za cel stawia sobie próbę skonstruowania nimi nowego języka, który opisałby niepokoje trawiące człowieka XXI w. Przecież tylko język pozwala ująć w jasno określonych ramach nasze postrzeganie rzeczywistości.
Pierwsza z wysp, na której ląduje Guliwer, to wyspa Liliputów lamentujących po śmierci wodza Koji Ko Ndo. Liliputy ubrane w szare kombinezony z krępującymi ruchy ortopedycznymi kołnierzami, stoją na piaszczystym podłożu, jakby na szczątkach swoich braci i sióstr. W tej scenie interesuje przerażające skontrastowanie obłąkanych, wyzutych z wszelkich ludzkich uczuć i zasad Liliputów z wydarzeniem, w jakim uczestniczą. To telewizyjny teleturniej. Infantylna muzyka, charyzmatyczny prowadzący z przyklejonym do twarzy uśmiechem, podskakujące Liliputy: czysty czarny humor. Dawid Żłobiński świetnie odegrał rolę Liliputa Wodzireja o ukrytych zapędach dyktatorskich. Prowadząc show, używa kabla od mikrofonu jako bata. Wywołuje skojarzenie, iż my również, żyjąc w demokratycznym kraju, jesteśmy tak naprawdę nieświadomi uwięzienia w niepodzielnej władzy mediów. Zachowujemy się zupełnie jak naiwne Liliputy.
Guliwer nie chce pozostać na tej wyspie, więc otwieracze portali przenoszą go w inne miejsce - sam środek mroźnej tajgi. Na scenie stoi facet w futrzanej kurtce, z czaszką renifera zamiast głowy. Podróżnik stara się nawiązać z nim jakiś kontakt. To on jest tu najnormalniejszy. Kostium renifera Arvo symbolizuje pierwotną jedność świata natury. Czaszka ukazuje ostateczny rozkład zapomnianych prawd, których już w żaden sposób nie można przywrócić do życia. Renifer przypomina Herna Myśliwego – pana lasu z celtyckich legend, ale nim nie jest. Ogląda obrazki z ,,Archiwum świata”, czyli Internetu, a o sensie egzystencji nie chce nawet rozmawiać. Jego podejście do życia jest całkowicie fatalistyczne. Szczególne wrażenie wywołuje scena monologu renifera Hansa wygłaszanego na tle mantrowego śpiewu. W tej roli zjawiskowa Dagna Dywicka - wieszczka zapowiadająca rychłą apokalipsę. Autor ponownie zastosował ekspresyjny kontrast. Słowa Hansa to mieszanina slangu, kolokwializmów i mowy poetyckiej stylizowanej na tekst biblijny. Czy Guliwer ich słuchał? Czy może robił zdjęcia, albo szukał sklepu z pamiątkami…
Bohater trafia kolejno na wyspę Hibakusza, wyspę po wybuchu jądrowym. Jej mieszkańcy zachowują się nienaturalnie: poruszają w zwolnionym tempie, przyglądają się sobie ze zdziwieniem, niepokojąco melorecytują. Noszą cieliste kostiumy z nadrukiem imitującym kliszę rentgenowską. Są napromieniowani, wykluczeni, umierają powoli. Na uwagę w tej scenie zasługuje monolog kobiety - Joanny Kasperek, która ze sztucznym uśmiechem, z 3 pomocą języka migowego ,,słodko” przemawia do swojego nieżyjącego (!) dziecka. A Guliwer wciąż tylko o jednym. Wydaje mu się, że radioaktywna wyspa to idealne miejsce, aby pochwalić się nim znajomym.
Atmosfera przedstawienia zdaje się dopasowywać do jego oczekiwań: staje się słodka i podejrzanie wesoła. Z góry spadają duże, gumowe piłki, na scenę wbiegają Troskliwe Misie – wesoły korowód w różowych, pluszowych kostiumach, prowadzony przez śpiewającego piosenkę ,,Heaven”, Misia Bryana. Oto kraina, w której wszyscy kochają fik, fik, Bryana Adamsa i nie tolerują pedałów! Taki fan klub i klub erotyczny w jednym. Bardzo słitaśny i fajny naturalnie! Można powiedzieć, że jest on dosadną ilustracją stanu współczesnej pop-kultury: zepsutej, infantylnej, przesiąkniętej seksem i nieuzasadnionym kultem miernoty. Troskliwe Misie ustawiają się w pary, trójkąty, formują grupy. Troskliwe Misie turlają się na piłeczkach. Troskliwe Misie przytulają się do siebie i mają AIDS. Giń nieproszony gościu, który przerwałeś ich słodką nieświadomość!

I co teraz? Guliwer powinien, niczym Mały Książę, wynieść z tej podróży jakąś naukę. Jednak to niemożliwe, ponieważ Guliwer to każdy z nas. Młody raper, Liliput Wodzirej, Renifer Hans, Gruby Hibakusza – każdy z nich po kolei wcielał się w jego rolę. Każdy próbował żyć fajnie, szybko, modnie. Główny bohater przywozi ze swoich podróży bardzo ,,szczególny” suwenir: piosenkarkę Lanę Del Rey. Czy jest ona współczesnym ideałem – pusta, plastikowa i uśmiechnięta? Przebrana za nią Kasperek śpiewa piosenkę ,,Video Games”, metaforę naszego coraz bardziej odrealnionego życia. Aktorka parodiuje wokalistkę, dystansuje się od słów piosenki. Przedstawienie nie kończy się więc tak bardzo pesymistycznie.

Ekran komputera zostaje wyłączony, światło gaśnie, mój niepokój ma przy sobie broń. I jest nią mój sarkazm, złość, mój bunt. I teatr. Teatr też.

Przedstawienie sugeruje, że apokalipsa to nie biblijny kataklizm z Sądem Ostatecznym, ale samozagłada, jaką powoli sami sobie fundujemy. Spektakl ma wzbudzać w nas niepokój, skłaniać do rozejrzenia się wokół siebie.
Ale czy mu się to uda? Do teatru mało kto chodzi, a nawet tego, kto chodzi, mało to wszystko obchodzi!
Niepokój, jak tłusty robak, drąży kręte tunele i to się czuje, coraz bardziej... Ale chcemy żyć, bawić się i ładnie ubierać, całować z ładnymi ludźmi, wstawiać ładne zdjęcia do netu.
Teraz powinno się ponownie przywołać słowa Guliwera dla kompozycyjnej klamry, ale podobnie jak Pakułę, mało interesują mnie wszelkie zasady.

Chyba mam przy sobie broń.

Autor: Patrycja Ogłaza